Jaś i Małgosia


Spotkanie drugie, czyli pachnąca swieżymi wiśniami wizyta u Jasia i Małgosi.
Wkrótce spotkanie trzecie , czyli słów kilka o pewnym miejscu w modlińskiej twierdzy i zaskakującej pozycji w menu

hamak

Świeże agro – coś dla ducha i dla ciała.

Gospodarstwo agroturystyczne „U Jasia i Małgosi” działa zaledwie rok, ale w ciekawy sposób wykorzystuje swój mikroklimat i położenie na terenie gminy Leoncin czyli pomiędzy Puszczą Kampinoską a Wisłą. Tu, w Wilkowie Polskim daleko jest od wielkomiejskiego gwaru, a tak blisko Warszawy. Prowadzący ten agropensjonat, czyli Małgorzata i Jan Jezierscy to kolejny przykład ludzi z miasta, którzy wybrali ten sposób mieszkania-życia związanego z naturą, poza murami i próbują tu też stworzyć miejsce pracy i zarobku. „ - Nasi goście decydują się na pobyt, pod wpływem chwili, zależnie od pogody i przyjeżdżają szybko, bo dojazd do nas z Warszawy zajmuje tylko kilkadziesiąt minut. I dziwią się, że tu taka dzicz, choć stolica jest przecież tak blisko.” Rzeczywiście, otoczenie pomimo obecności „za miedzą” ponadmilionowej stołecznej aglomeracji nie zmieniło się tu nic od dziesięcioleci. Wszystko tonie w bujnej zieleni, dookoła roztaczają się pola, gaje, czuje się bliskie sąsiedztwo Wisły i Puszczy Kampinoskiej. Od wąskiej szosy prowadzi tu wyboista, iście wiejska kręta dróżka w obramowaniu rosochatych wierzb mazowieckich. Posiłki można jeść na tarasie przy wtórze całego chóru ptaków, w tym arcy teraz rzadkiej, żółtej jak kanarek wilgi. A potem udać się na spacer w dowolnym kierunku lub też poleniuchować. Nie ma tu gruszy do wylegiwania się pod nią na dowolnie wybranym boku, ale można skorzystać z hamaków rozwieszonych w cieniu wysokich, szumiących drzew. A chociaż „Jaś i Małgosia” nie produkują swej własnej żywności (jak typowe gospodarstwo wiejskie), to jednak jadłospis wyraźnie odbija charakter miejsca tej komfortowej samotni na łonie mazowieckiej, podpuszczańskiej wsi. Mali chłopcy, przebywający tu na wakacjach – wielcy amatorzy zup owocowych nie mogli się doczekać pierwszych dojrzałych wiśni, które rosną tuż przy ganku. W końcu zjedli upragnioną zupę z pierwszych dojrzałych owoców, a następnie sami ją przygotowywali dla swojego Taty, który ich odwiedził podczas weekendu. Pobliskie rozległe stare sady zaowocowały też pomysłem zorganizowania jakiegoś święta – „dożynek jabłkowych”, gdzie będzie wszystko od szarlotki po rodzimy calvados (choć ten zamiar dopiero kiełkuje). Gospodarze nie wędzą sami wędlin – ale dwie małe, lokalne masarnie pozwalają na to, aby do każdego śniadania czy kolacji podawać świeżutkie plastry pachnącej, różowiutkiej szynki. Własna wędzarnia, kiedy się ją rozpali roztacza obfite kłęby dymu i obłoki wszechogarniającego aromatu, ale przede wszystkim pozwala podawać na stół dopiero co zdjęte z rusztu, jeszcze ciepłe ryby. Te świeże ryby do własnego wędzenia nie pochodzą jednak z pobliskiej Wisły, od miejscowego rybaka (bo już nie ma takiego w pobliżu), ani też z własnego, choć zarybianego stawu (czaple i bociany wyjadają wszystko!) - tylko ze sklepów. Ale sąsiad ma swój staw, już go zarybił, lecz na ten „plon” jeszcze trzeba poczekać. I tak wokół „Jasia i Małgosi” tworzy się cała infrastruktura, która dostarcza coraz więcej przysmaków i atrakcji – od przejażdżek wozem drabiniastym, aż po domowe ciasta i prawdziwe, ale takie najprawdziwsze masło bez chemicznych dodatków i utrwalaczy. Tę lokalną tradycję, nie tylko kulinarną trzeba tu jednak mozolnie odtwarzać, czy raczej budować od zera, bo zanikła z kretesem. Nawet cykl wywiadów z najstarszymi mieszkańcami, w tym ze stuletnią autochtonką, jakie przeprowadziła Małgorzata Jezierska do redagowanej przez 7 lat lokalnej gazety nie stworzył żadnego punktu odbicia.

 Pomysłów jest jednak wiele – choćby miniskansen budownictwa drewnianego trzech kultur (polskiej, żydowskiej i niemieckich osadników, tak zwanych „olendrów”) które tu kiedyś żyły razem obok siebie. I mała stodoła, kryta strzechą już stoi. A w planach – może ścieżka dydaktyczna szlakiem bocianich gniazd (których jest tu wiele)? Może kursy wypiekania pieczywa w odtworzonym „starym” piecu chlebowym? A może plac zabaw dla dzieci, gdzie wszystkie zabawki i przyrządy byłyby zbudowane z drewna, kory i gałązek mazowieckiej wierzby. Choć nie ma już w okolicy nikogo, kto by umiał zrobić pleciony płot wierzbowy z prawdziwego zdarzenia. No to się go sprowadzi z innego regionu! Samorzutnie tworzone, nieformalne „koło gospodyń wiejskich” skrzykuje się przy lada okazji.

Spore doświadczenie założycieli „Jasia i Małgosi” jako pedagogów, a przede wszystkim Małgorzaty Jezierskiej jako zapalonej abiturientki serii kursów i szkoleń, skutkuje w sposób, który rozbudowuje klimat i ofertę tego miejsca. Są to wszelkiego rodzaju warsztaty, organizowane w małych grupach dla uczestników o różnym wieku, płci, zawodach i doświadczeniu. Pewne elementy są stałe, ale każde przedsięwzięcie to pewnego rodzaju „prototyp”. Można więc samemu zaprojektować i wykonać komplet biżuterii. Odkryć radość z wykonywania dawno zapomnianych „prac ręcznych” w różnych materiałach i tworzywach, a przy okazji bawić się jak dziecko jakąś czynnością, której nie miało się okazji wykonać jako dziecko (bo wtedy starsi zabraniali). „Po co się odchudzać?” – najpierw odpowiedz sobie na to pytanie o SENS całego przedsięwzięcia, a potem możesz z fachowym dietetykiem ustawić indywidualną dietę. Na tym nie koniec, bo co chwila pojawia się jakaś nowa potrzeba (a tym samym nowy pomysł). W każdym razie „U Jasia i Małgosia” jeszcze nie postawili chatki z piernika, ale warsztatów z pieczenia pierników chyba tylko patrzeć. wpadł na kawę, obejrzał i poleca: Arkadiusz Szaraniec „

 

U Jasia i Małgosi” Wilków Polski 40 05 - 155 Leoncin woj. mazowieckie mapka dojazdu na stronie: http://www.agrowypoczynek.ovh.org/

tekst i zdjęcia :      
Arkadiusz Szaraniec     

 

Arkadiusz Szaraniec –

teatrolog z wykształcenia i ekolog-ornitolog z zamiłowania, zapalony „obieżykraj”, autor wielu tekstów i fotoreportaży o krajobrazach i tradycji kulturowej Polski :
„ – Region wideł Wisły, Bugo-Narwi i Wkry to prawdziwy unikat w skali Europy, tym bardziej niezwykły, że rozciągający się dosłownie tuż-tuż za granicami aglomeracji Warszawy. I może dlatego jest tak mało znany i doceniany. Ja zwiedzam go od kilku lat, niektóre miejsca odwiedziłem już wiele razy i to o każdej porze roku – i wciąż mam wrażenie, że najważniejsze odkrycia są jeszcze przede mną.”